Brian Aldiss        Cieplarnia

    . 16 .    

   Tymczasem ��d�, wiruj�c, sp�yn�a ju� z pr�dem. Wreszcie znale�li si� poza zasi�giem pozostaj�cych szybko w tyle brzunio - drzew, kt�rych mordercze korony wci�� ora�y wod� w grzebieniach piany Rybiarze, widz�c, �e ich znosi, wydali ch�ralny j�k. Yattmur przeparadowa�a przed nimi z obna�onym mieczem, nie okazuj�c �adnej lito�ci.

   - Wy brzucho - brzuchacze! Wy, d�ugoogoniaste syny wzd�tych kloc�w! Cicho tam! Umar� kto� prawdziwy i macie go op�akiwa� albo wyrzuc� was wszystkich za burt� tymi oto dwiema w�asnymi r�kami!

   Po tej przemowie Rybiarze zamilkli. Zbici w korn� gromadk� pocieszali si� nawzajem, li��c jeden drugiemu rany. Yattmur podbieg�a do Grena i obj�wszy go ramieniem, przycisn�a policzek do jego twarzy Tylko przez moment pr�bowa� si� opiera�.

    - Nie op�akuj zbyt d�ugo Poyly. Pi�kna by�a za �ycia, ale ziele� ka�dego w ko�cu zabierze. Teraz ja tu jestem i ja b�d� twoj� partnerk�.

   - Ty zapragniesz wr�ci� do swojego plemienia, do Pasterzy - powiedzia� �a�o�nie Gren.

   - Ha! Oni zostali daleko za nami. Jak�e ja wr�c�? Wsta� i zobacz, jak szybko nas niesie! Ledwo ju� mog� dojrze� Czarn� Gardziel, jest nie wi�ksza od mojego sutka. Grozi nam niebezpiecze�stwo, o Gren. Ocknij si�! Zapytaj swego magicznego przyjaciela smardza, dok�d p�yniemy.

   - Nie obchodzi mnie, co si� teraz z nami stanie. - Pos�uchaj, Gren...

   Dolecia� ich krzyk Rybiarzy. Objawiali co� w rodzaju apatycznego zainteresowania, wskazuj�c z wrzaskiem przed siebie, co wystarczy�o, by Gren z Yattmur natychmiast stan�li na nogi. Ich bark� znosi�o gwa�townie na inn� ��d�.

   Nad brzegami D�ugiej Wody znajdowa�o si� wi�cej kolonii Rybiarzy Przed nimi wy�oni�a si� jedna. Dwa p�kate brzunio - drzewa sygnalizowa�y jej po�o�enie. Przez strumie� by�a przeci�gni�ta sie�, u przeciwleg�ego brzegu spoczywa�a ��d� pe�na Rybiarzy. Wzd�u� kraw�dzi sieci zwiesza�y si� ponad rzek� ich ogony.

   - Zderzymy si� z nimi! - krzykn�� Gren. - Co robi�?

   - Nie, miniemy tamt� ��d�. Mo�e ich sie� nas zatrzyma. Wtedy b�dziemy mogli dosta� si� bezpiecznie na brzeg.

   - Sp�jrz, jak ci durnie wspinaj� si� na burty �odzi. Wstrz�s zrzuci ich do wody

   Rybiarze, o kt�rych m�wi�, mrowili si� przy dziobie. Zawo�a� do nich:

   - Hej, kr�tkie ogony! Z�azi� tam na d�, bo wpadniecie do wody!

   Jego wezwanie uton�o w ich krzykach i chlupotaniu wody P�dzili nieuchronnie ku drugiej �odzi. W chwil� p�niej wpadli na zagradzaj�c� im drog� sie�. Ci�ka barka zatrzeszcza�a pod wp�ywem przechy�u. Szarpni�cie zwali�o paru Rybiarzy w nurt rzeki. Jednemu uda�o si� przeskoczy� do obcej �odzi. �odzie wyr�n�y w siebie, odbi�y si� jedna od drugiej jak pi�ki i zaraz p�k�a przerzucona przez rzek� lina zabezpieczaj�ca. Znowu wolni, okr�cili si� i ruszyli z nurtem. Druga, znajduj�ca si� ju� przy brzegu ��d� pozosta�a na miejscu, uderzaj�c niepokoj�co o l�d. Wielu cz�onk�w jej za�ogi gania�o po brzegu; niekt�rzy powpadali do wody, innym oderwa�o ogony. Lecz ich niedole pozosta�y na zawsze tajemnic�, jako �e ��d� Grena op�ywa�a wielkie zakole i ze wszystkich stron otacza�a j� d�ungla.

    - Co teraz zrobimy? - zapyta�a rozdygotana Yattmur. Gren wzruszy� ramionami. Nie mia� poj�cia. �wiat, jaki mu si� objawi�, by� zbyt wielki i zbyt przera�aj�cy

   - Grzybie, obud� si� - powiedzia�. - Co teraz z nami b�dzie? Ty nas wpakowa�e� w t� kaba��, teraz nas z niej wyci�gnij.

   Zamiast odpowiedzie�, smardz zabra� si� do nicowania jego umys�u. Gren usiad� ci�ko, oszo�omiony. Yattmur uj�a jego d�onie, za� trzepotliwe widma pami�ci i my�li przes�oni�y mu wewn�trzne widzenie. Smardz studiowa� nawigacj�.

    - Aby ��d� nas s�ucha�a - powiedzia� wreszcie - musimy ni� sterowa�. Ale nie mamy tu niczego do sterowania. Nic nie mo�emy zrobi�.

   By�o to przyznanie si� do pora�ki. Gren siedzia� na pok�adzie, obejmuj�c Yattmur ramieniem, zupe�nie nieczu�y na wszystko, co go otacza. Jego my�li powr�ci�y do czas�w, kiedy on i Poyly byli beztroskimi dzie�mi w plemieniu Lily - yo. Jak �atwe by�o wtedy �ycie, jakie cudowne, a jak ma�o zdawali sobie z tego spraw�! Przecie� by�o nawet cieplej, s�o�ce �wieci�o prawie nad sam� g�ow�. Otworzy� jedno oko. S�o�ce l�ni�o ca�kiem nisko nad horyzontem.

   - Zimno mi - powiedzia�.

   - Przytul si� do mnie - zaproponowa�a przymilnie Yattmur.

   Ko�o nich le�a�y �wie�o zerwane li�cie, pewnie zebrane do zawini�cia spodziewanego po�owu Rybiarzy. Naci�gn�wszy je na Grena, Yattmur przytuli�a si� do niego, jakby przypadkiem oplataj�c go ramionami. Odpr�y� si� w jej cieple. Wezbra�o w nim po��danie, pocz�� chciwie poznawa� jej cia�o. By�a ciep�a i s�odka jak dzieci�ce sny i z czuciem poddawa�a si� jego dotkni�ciom. Jej d�onie r�wnie� rozpocz�y odkrywcz� podr�. Zatraceni we wsp�lnej rozkoszy zapomnieli o �wiecie, oddaj�c si� sobie nawzajem. Nawet smardza ukoi� rytm ich ruch�w pod ciep�ymi li��mi.

   ��d� mkn�a z pr�dem rzeki, od czasu do czasu obijaj�c si� o brzegi, lecz ani na chwil� nie przerywa�a �eglugi. Po pewnym czasie wpad�a w znacznie szersz� rzek� i wirowa�a bezradnie w pr�dzie przez jaki� czas, przyprawiaj�c wszystkich o zawr�t g�owy. W pewnym momencie zmar� jeden z rannych Rybiarzy; wyrzucili go za burt�. Jak na sygna� ��d� uwolni�a si� z wir�w i ponownie pop�yn�a z nurtem. Rzeka by�a teraz bardzo rozleg�a i rozszerza�a si� coraz bardziej, a� w pewnej chwili przestali widzie� brzegi. Ogl�dali �wiat nie znany ludziom, szczeg�lnie Grenowi, kt�remu obce by�o poj�cie szerokich, pustych przestrzeni. Wbijali wzrok w dal, a po chwili odwracali si� i zakrywali z dr�eniem oczy. Ruch by� wszechobecny, nie tylko w nie znaj�cej spoczynku wodzie pod nimi. Zerwa� si� ch�odny wiatr, kt�ry w niezmierzonych po�aciach lasu z pewno�ci� zagubi�by drog�, ale tutaj w�ada� wszystkim. Muska� wod�, pozostawiaj�c �lady niewidzialnych st�p, popycha� skrzypi�c� ��d�, pryska� py�em wodnym w zgn�bione oblicza Rybiarzy, targa� i rozwiewa� im w�osy Wzmaga� si�, zi�bi�c im sk�r�, i zaci�ga� niebo mglistymi chmurami, kt�re przes�oni�y unosz�ce si� tam trawersery.

   W �odzi pozosta�y dwa tuziny Rybiarzy, z kt�rych sze�ciu zosta�o ci�ko rannych podczas napa�ci brzunio - drzew. Zrazu nie usi�owali zbli�y� si� do Grena i Yattmur; le�eli zbici w ciasn� gromadk�; �ywy symbol rozpaczy Najpierw zmar� jeden, a p�niej nast�pny ranny. Kolejno, w�r�d chaotycznych lament�w, wyrzucono ich za burt�. I tak fala wynios�a ich na ocean.

   Olbrzymia szeroko�� rzeki uchroni�a ich przed atakiem gigantycznych wodorost�w, kt�re porasta�y wybrze�a. W gruncie rzeczy ich przej�cie z rzeki w delt� i z delty w morze odby�o si� niepostrze�enie: pot�ny brunatny wa� s�odkiej wody wtacza� si� g��boko w s�one fale. Stopniowo br�z rozp�yn�� si� w zielonob��kitnych toniach, wiatr przybra� na sile i pogna� ich w innym kierunku, r�wnolegle do wybrze�a. Pot�ny las nie wygl�da� na wi�kszy od li�cia.

   Jeden z Rybiarzy, ponaglany przez swoich towarzyszy, podszed� z szacunkiem do Grena odpoczywaj�cego z Yattmur w�r�d li�ci.

   - O, wielcy Pasterze, us�yszcie nasze s�owa, kiedy m�wimy, je�li pozwolicie mi, bym zacz�� m�wi� - rzek�.

   Ton Grena by� ostry:

    - Nie zrobimy wam �adnej krzywdy, grubasie. Jeste�my w tarapatach tak samo jak wy Nie mo�ecie tego zrozumie�? Chcieli�my wam pom�c i zrobimy to, kiedy �wiat stanie si� zn�w suchy. Spr�buj wi�c zebra� my�li i m�w z sensem. Czego chcesz?

   M�czyzna pok�oni� si� nisko. Za nim pok�onili si� jego towarzysze w pe�nym rozpaczy na�ladownictwie.

    - Wielki Pasterzu, patrzymy na ciebie od twojego przyj�cia. My spryciarze brzunio - drzewiarze poznali�my twoj� wielko��. Wiemy, �e niebawem zapragniesz nas pozabija�, kiedy oderwiesz si� od zabaw w przek�ada�ca w li�ciach ze swoj� pani�. My spryciury nie jeste�my g�upcy; a nieg�upcy s� do�� sprytni, aby z przyjemno�ci� umrze� dla ciebie. Mimo wszystko smutek nie czyni nas sprytnymi, aby umiera� bez jedzenia. Wszyscy my biedni smutni sprytni brzunio - ludzie nie mamy co je�� i b�agamy: daj nam je��, bo nie mamy brzunio - mamy...

   Gren wykona� gest zniecierpliwienia.

    - My te� nie mamy - powiedzia�. - Jeste�my takimi samymi lud�mi jak wy. My te� sami musimy si� o siebie martwi�.

    - Niestety, my nie �mieli�my �ywi� nadziei, �e podzielisz si� z nami swoim jedzeniem, bo twoje jedzenie jest u�wi�cone, a poza tym pragniesz patrze�, jak g�odujemy. Jeste� bardzo sprytny, chowaj�c przed nami mi�so zask�cza, kt�re, jak wiemy, zawsze przy sobie nosisz. Mi�o nam, wielki Pasterzu, �e nas zag�odzisz, je�li z tego powodu si� za�miejesz, za�piewasz weso�o i zabawisz znowu w przek�adaniec. Poniewa� jeste�my pokorni, nie potrzebujemy jedzenia, by umrze� najedzeni...

   - Ja naprawd� zamorduj� te stworzenia - powiedzia� z w�ciek�o�ci� Gren i usiad�, puszczaj�c Yattmur. - Grzybie, co z nimi zrobimy? Nawarzy�e� tego piwa, pom� je teraz wypi�.

   - Niech wyrzuc� sw� sie� za burt� i na�api� ryb - zabrz�cza� smardz.

   - �wietnie! - zawo�a� Gren.

   Zerwa� si�, poci�gaj�c za sob� Yattmur, i pocz�� wykrzykiwa� rozkazy Rybiarzom. Niemrawo, niefachowo i boja�liwie przygotowali swoj� sie� i wyrzucili j� za burt� �odzi. Morze kipia�o tu �yciem. Jeszcze sie� nie opad�a, a ju� szarpn�o ni� co� du�ego - szarpn�o i zacz�o miarowo pi�� si� w g�r�. ��d� przechyli�a si� na jedn� stron�. Rybiarze odskoczyli z wrzaskiem, kiedy para ogromnych szczypc�w zgrzytn�a o g�rn� kraw�d� nadburcia. Gren sta� akurat pod ni�. Bez zastanowienia wyci�gn�� n� i uderzy�. Unios�a si� nad nim g�owa homara, wi�ksza od jego w�asnej. Jeden po drugim �ci�� obydwa s�upki oczne. Morski potw�r pu�ci� si� bezd�wi�cznie i spad� z powrotem w g��biny, zostawiaj�c przera�on� band� Rybiarzy j�cz�cych w luki odp�ywowe.

   Gren rzuci� si� na nich, kopi�c i pokrzykuj�c, r�wnie jak oni przera�ony, poniewa� w swym umy�le wyczuwa� strach smardza.

   - Wstawa�, obwis�e brzucho - brzuchacze! Chcecie tak le�e�, a� zdechniecie?! Ale ja wam nie dam. Wstawa� i wyci�ga� sie� z powrotem, zanim b�dziemy mieli wi�cej potwor�w na karku. Dalej, rusza� si�! Sie� do �rodka! No, do sieci, wy rozlaz�e bydl�ta!

   - O wielki Pasterzu, mo�esz rzuci� nas dziwom mokrego �wiata, a my nie b�dziemy si� skar�y�! Widzisz, �e my ci� s�awimy, nawet kiedy sprowadzasz na nas potwory z mokrego �wiata, a my jeste�my zbyt mali, by si� skar�y�, miej wi�c lito��...

   - Lito��! Ja was poobdzieram �ywcem ze sk�ry, je�eli w tej chwili nie wyci�gniecie sieci. Jazda! - wrzasn��. Ruszyli si� do roboty, tylko w�osy porastaj�ce im boki trzepota�y na wietrze. Wci�gn�li przez burt� sie� ob�adowan� stworzeniami, kt�re chlapa�y i plaska�y ludziom wok� kostek.

    - Cudownie! - zawo�a�a Yattmur i u�ciska�a Grena. - Jestem taka g�odna, kochany! Teraz b�dziemy �y�! M�wi� ci, �e niebawem nast�pi kres D�ugiej Wody.

   ��d� dryfowa�a jednak niezmiennie. Zapadli ponownie w sen, po czym jeszcze raz, a tymczasem nie ociepli�o si� ani troch�, a� wreszcie obudzili si� i odkryli, �e pok�ad pod nimi jest nieruchomy. Gren otworzy� oczy, jego spojrzenie napotka�o p�achetek piasku i chaszcze. W �odzi znajdowali si� tylko on i Yattmur.

    - Grzybie! - zawo�a�, skacz�c na r�wne nogi. - Ty nigdy nie �pisz, dlaczego mnie nie obudzi�e� i nie powiedzia�e�, �e woda si� sko�czy�a?! No i obwis�obrzuchy zwia�y!

   Obrzuci� spojrzeniem ocean, kt�ry ich tutaj przyni�s�.

   Yattmur wsta�a bez s�owa i przyciskaj�c r�kami piersi, wpatrywa�a si� ze zdziwieniem w ogromn� �cian�, kt�ra stercza�a pionowo z pobliskich zaro�li. Gren us�ysza� w g�owie co� w rodzaju upiornego chichotu smardza.

    - Rybiarze nie zajd� daleko, niech pierwsi nadstawi� za nas karku. Da�em wam pospa�, tobie i Yattmur, by�cie dobrze wypocz�li. Musicie by� w pe�ni si�. Mo�e to tutaj za�o�ymy nasze nowe kr�lestwo, m�j przyjacielu!

   Gren wyrazi� gestem pow�tpiewanie. Nie widzia� ani jednego trawersera nad g�ow� i uwa�a� to za z�� wr�b�. Opr�cz z�owrogiej wyspy i bezmiaru oceanu dostrzeg� jeszcze tylko ptaka chy�osieja szybuj�cego pod wysokim pu�apem ob�oku.

    - Lepiej zrobimy, je�li zejdziemy na l�d - powiedzia�.

    - Wol� zosta� w �odzi - odrzek�a Yattmur, popatruj�c z l�kiem na wielkie skalne urwisko.

   Bez gadania jednak chwyci�a podan� jej r�k� i przelaz�a przez burt�. S�ysza�, jak jej dzwoni� z�by.

   Stali na niego�cinnej pla�y, rozgl�daj�c si�, czy nie czai si� gdzie� niebezpiecze�stwo. Chy�osiej wci�� �eglowa� po niebie. Bez zak��cenia rytmu uderze� skrzyde� zmieni� nieznacznie kierunek. Unosi� si� wysoko nad oceanem, a jego zdrewnia�e skrzyd�a skrzypia�y jak karawela pod wszystkimi �aglami. Us�yszawszy ten ha�as, dwoje ludzi zadar�o g�owy Chy�osiej dostrzeg� l�d. Zatoczy� ko�o i zwalniaj�c, zacz�� traci� wysoko��.

    - Zobaczy� nas? - zapyta�a Yattmur.

   Mieli kryj�wek do wyboru. Mogli si� schowa� pod �odzi� lub zanurzy� w obrze�a d�ungli, faluj�cej nad niskim czo�em pla�y ��d� stanowi�a kiepskie schronienie przed wielkim ptakiem, gdyby si� zdecydowa� na atak; m�czyzna i kobieta rami� w rami� w�lizn�li si� w listowie. Chy�osiej pikowa� ju� ostro. Przesta� wachlowa� skrzyd�ami. Sztywno rozpostarte dygota�y i trz�s�y si� w powietrzu od przyspieszenia. Jakkolwiek prezentowa� si� wspaniale, chy�osiej by� ledwie prymitywn� imitacj� prawdziwych ptak�w, jakie ongi� wype�nia�y niebieskie przestrzenie Ziemi. Ostatnie prawdziwe ptaki wygin�y wiele tysi�cleci temu. Chy�osieje na�ladowa�y wymar�� klas� stworze� lataj�cych, a� po wielkopa�sk� niewydolno�� w konkurencji ze �wiatem ro�lin. Wibruj�cy d�wi�k jego skrzyde� wype�nia� niebiosa.

    - Zobaczy� nas, Gren? - Yattmur wyjrza�a spod li�ci. W cieniu wynios�ej �ciany skalnej przenika� ich ch��d. Gren, zamiast odpowiedzie�, �cisn�� j� tylko mocno za rami�, wpatruj�c si� zmru�onymi oczami w niebo. By� r�wnie przestraszony jak z�y i nie ufa� temu, co sam powie. Smardz nie dodawa� mu otuchy - przyczai� si� w oczekiwaniu na rozw�j wydarze�. Sta�o si� jasne, �e niezgrabne ptaszysko nie wyr�wna w por�, by unikn�� zderzenia z ziemi�. Schodzi�o w d�, jego cie� omi�t� czerni� zaro�la, zadr�a�y li�cie, gdy przemkn�� za pobliskim drzewem i - zapad�a cisza. �aden odg�os zderzenia nie dotar� do ludzi, chocia� ptak musia� uderzy� w ziemi� nie dalej ni� pi��dziesi�t metr�w od nich.

   - Na �ywe cienie! - wykrzykn�� Gren. - Czy�by co� go po�kn�o? - Jego umys� po�piesznie zrejterowa� przed pr�b� wyobra�enia sobie czego� na tyle du�ego; by po�kn�o chy�osieja.

nast�pny